Nie, nie znalazłam żadnego sklepu z dostępną włóczką z postu poniżej.
Jest lepiej.
Co zrobić aby zaległa robótka, z przeznaczeniem na prucie powstała z popiołu?
1.Weź własną mamuśkę będącą aktualnie w szaleńczej irytacji na pracę, zepsutą lodówkę, paskudną pogodę, cokolwiek.
2.Wpuść mamuśkę w takim stanie do pokoju, w którym panuje lekko mówiąc nieład.
3.Zwiń nogi za pas i zaszyj się na pół dnia na budowie.
Po powrocie w pokoju zastaniesz:
1.Zmęczoną ale wyżytą i szczęśliwą mamuśkę
2.Posprzątany pokój.
3.Dwa kłębuszki włóczki, której brakuje do skończenia sweterka !!!!
Nie wiem jak, kiedy i dlaczego.
Nie chcę wiedzieć.
Grunt że mam włóczkę i są jakieś tam szanse aby sweterek jednak nie stał się na powrót kłębuszkiem bezużytecznej włóczki.
Musze co prawda spruć rękaw bo okazał się być niepopranie wrobionym w resztę całości.
Ale to nieistotne.
Poświęcę się .
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą się robi.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą się robi.... Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 czerwca 2013
wtorek, 7 maja 2013
Krótki wywód nt. wpływu pogody na przyrosty dzienne dziergaczki :)
Phi, też mi filozofia.
Zasada z zasady jest prosta. Żeby nie rzec zasadna.
Jak pada to się dzieci nudzą.
A jak się nudzą to łapią w ręce co popadnie.
Tak oto mój dzierwiarski honor dzięki pogodzie można uznać za ocalony.
Długi majowy weekend wcale taki długi nie był, bom czwartek w pracy za biurkiem spędziła.
Niemniej te kilka minionych dni dzięki obfitości kropel deszczu zasadniczo spowodowało intensywne prace machacze
Nie muszę chyba wskazywać, że w tej intensywności tak się rozpędziłam, że po przerobieniu bagatelka 60 rządków machanych na okrągło musiałam spruć.
Ot, taka moja uroda.
Niemniej w mojej depresji po ostatnich niepowodzeniach dziewiarskich, o których lada moment słów kilka, jak sobie sprułam i się dosiałam to nadrobiłam. Będzie mniej więcej w ten deseń
Będzie sweterek.
Nie wiem kiedy skończę bo wczoraj słońce wypełzło zza chmur to i o teren zielony trzeba było się zatroszczyć.
Puki co dzielnie mam ze 1/3 wysokości tułowia i mimo wszystko liczę, że do zimy mi owe na drutach nie zostanie.
Co do wcześniej wspomnianych niepowodzeń dziewiarskich.
Pierwsze primo: Nie będzie chyba dziwnym jeżeli stwierdzę, że moje liście są efektem prucia kandydata na "koronkowego". Ta włóczka zwyczajnie była za gruba i coś mi tu nie stykało. Po roku leżenia zezwłoka w kartonie, z licznymi próbami okiełznania szydełka, ani łezki nie uroniłam przy pruciu.
Zwyczajnie "koronkowy" musi jeszcze troszkę poczekać na swoją kolej.
Drugie primo: Cóż, nie muszę chyba szczególnie uwidaczniać smutnego faktu braku jakiejkolwiek reakcji na moje S.O.S.
W sumie się nie spodziewałam jakiegoś szału, miałam zwyczajnie nadzieję.
A że podobnież nadzieja matką głupich to i moja R. idzie do prucia. Jeszcze nie miałam na tyle odwagi żeby ją spuścić z drutów, ciągle gdzieś liczę że jakiś moteczek w sieci się znajdzie. Jest to chyba jednak bardziej nadzieja mająca na celu odwleczenie w czasie kolejnej depresji.
Trzecie i ostatnie primo: Węże koralikowe mnie prześladują. Podjęłam w zeszłym roku próby ich popełnienia. Nie muszę chyba pisać jak to się dla mnie skończyło i nie, nie szukajcie tu wpisu w temacie.Chyba wszystko jasne. A teraz po roku, kiedy już niemal zapomniałam o porażce, zwyczajnie ONE TU SĄ. Wszędzie, dookoła, wszyscy robią gdzie nie zajrzę, te się wiją a mnie szlag nagły trafia. Bo nie potrafię i już. Potrafię za to ścianę wymurować. O! ;P
Zasada z zasady jest prosta. Żeby nie rzec zasadna.
Jak pada to się dzieci nudzą.
A jak się nudzą to łapią w ręce co popadnie.
Tak oto mój dzierwiarski honor dzięki pogodzie można uznać za ocalony.
Długi majowy weekend wcale taki długi nie był, bom czwartek w pracy za biurkiem spędziła.
Niemniej te kilka minionych dni dzięki obfitości kropel deszczu zasadniczo spowodowało intensywne prace machacze
Nie muszę chyba wskazywać, że w tej intensywności tak się rozpędziłam, że po przerobieniu bagatelka 60 rządków machanych na okrągło musiałam spruć.
Ot, taka moja uroda.
Niemniej w mojej depresji po ostatnich niepowodzeniach dziewiarskich, o których lada moment słów kilka, jak sobie sprułam i się dosiałam to nadrobiłam. Będzie mniej więcej w ten deseń
Będzie sweterek.
Nie wiem kiedy skończę bo wczoraj słońce wypełzło zza chmur to i o teren zielony trzeba było się zatroszczyć.
Puki co dzielnie mam ze 1/3 wysokości tułowia i mimo wszystko liczę, że do zimy mi owe na drutach nie zostanie.
Co do wcześniej wspomnianych niepowodzeń dziewiarskich.
Pierwsze primo: Nie będzie chyba dziwnym jeżeli stwierdzę, że moje liście są efektem prucia kandydata na "koronkowego". Ta włóczka zwyczajnie była za gruba i coś mi tu nie stykało. Po roku leżenia zezwłoka w kartonie, z licznymi próbami okiełznania szydełka, ani łezki nie uroniłam przy pruciu.
Zwyczajnie "koronkowy" musi jeszcze troszkę poczekać na swoją kolej.
Drugie primo: Cóż, nie muszę chyba szczególnie uwidaczniać smutnego faktu braku jakiejkolwiek reakcji na moje S.O.S.
W sumie się nie spodziewałam jakiegoś szału, miałam zwyczajnie nadzieję.
A że podobnież nadzieja matką głupich to i moja R. idzie do prucia. Jeszcze nie miałam na tyle odwagi żeby ją spuścić z drutów, ciągle gdzieś liczę że jakiś moteczek w sieci się znajdzie. Jest to chyba jednak bardziej nadzieja mająca na celu odwleczenie w czasie kolejnej depresji.
Trzecie i ostatnie primo: Węże koralikowe mnie prześladują. Podjęłam w zeszłym roku próby ich popełnienia. Nie muszę chyba pisać jak to się dla mnie skończyło i nie, nie szukajcie tu wpisu w temacie.Chyba wszystko jasne. A teraz po roku, kiedy już niemal zapomniałam o porażce, zwyczajnie ONE TU SĄ. Wszędzie, dookoła, wszyscy robią gdzie nie zajrzę, te się wiją a mnie szlag nagły trafia. Bo nie potrafię i już. Potrafię za to ścianę wymurować. O! ;P
wtorek, 27 listopada 2012
Patent na paten i zastosowanie w praktyce
Się nauczyłam ścieku patentowego.
Ambitnam przecie.
Ładnie nawet wychodziło. Takie elastyczne toto miłe, ciekawe w robocie. Niemonotonne bym rzekła.
Wszystko pięknie ładnie.
Ale zrobić warkocza na patencie to już nie takie chop siup. A efekt wizualny. No cóż, jak na moje wymagania pozostawiał wiele do życzenia ;)
Nerwa więc dostałam po pierwszej próbie i uznałam że mojego Rosamunda popełnię w wersji podstawowej czyli jednostronnej.
Ale... siedząc i medytując nad moją próbką patentu nagle doznałam olśnienia!
Chyba więc głupiam nie jest. Że mi dojscie do właściwych wniosków zajęło trochę czasu i energii to nic. Wszak patent opanowałam.
Ale teraz już wiem, że dla uzyskania efektu identycznego z warkoczem na patencie wystarczy zwyczajnie zrobić warkocz na ściągaczu 1*1. Uzyskujemy efekt dwustronności warkocza, a nie klniemy, zużywamy mniej włóczki i ogólnie jesteśmy szczęśliwi bo praca szybciej idzie.
Tak oto dosiadłam jak szalona, bo na Rosamunda zachorowałam nieuleczalnie.
I dłubię. Wydłubałam już gdzieś tak na wysokość talii. I nie wiem czy w tym szale se źle coś nie policzyłam i czy aby nie przyjdzie mi pruć.
Ale to nic. Nie zniechęcę się. Choćbym miała dopiero na wiosnę skończyć.
Istnieje też poważne zagrożenie, że mi włóczki braknie co się może odbić recesją w portfelu, ale postaram się być twarda na tych zakupach i nie popadać w nadmierny włóczkoszał.
Radosnego wieczoru :)
Ambitnam przecie.
Ładnie nawet wychodziło. Takie elastyczne toto miłe, ciekawe w robocie. Niemonotonne bym rzekła.
Wszystko pięknie ładnie.
Ale zrobić warkocza na patencie to już nie takie chop siup. A efekt wizualny. No cóż, jak na moje wymagania pozostawiał wiele do życzenia ;)
Nerwa więc dostałam po pierwszej próbie i uznałam że mojego Rosamunda popełnię w wersji podstawowej czyli jednostronnej.
Ale... siedząc i medytując nad moją próbką patentu nagle doznałam olśnienia!
Chyba więc głupiam nie jest. Że mi dojscie do właściwych wniosków zajęło trochę czasu i energii to nic. Wszak patent opanowałam.
Ale teraz już wiem, że dla uzyskania efektu identycznego z warkoczem na patencie wystarczy zwyczajnie zrobić warkocz na ściągaczu 1*1. Uzyskujemy efekt dwustronności warkocza, a nie klniemy, zużywamy mniej włóczki i ogólnie jesteśmy szczęśliwi bo praca szybciej idzie.
Tak oto dosiadłam jak szalona, bo na Rosamunda zachorowałam nieuleczalnie.
I dłubię. Wydłubałam już gdzieś tak na wysokość talii. I nie wiem czy w tym szale se źle coś nie policzyłam i czy aby nie przyjdzie mi pruć.
Ale to nic. Nie zniechęcę się. Choćbym miała dopiero na wiosnę skończyć.
Istnieje też poważne zagrożenie, że mi włóczki braknie co się może odbić recesją w portfelu, ale postaram się być twarda na tych zakupach i nie popadać w nadmierny włóczkoszał.
Radosnego wieczoru :)
sobota, 21 stycznia 2012
Radosny koniec ciężkiego tygodnia
W końcu papa mi się cieszy :D o tak szeroko.
Ciężki to był tydzień pracy.
Tym większa radość z Fastrygowej przesyłki.
Nawet nadgarstek poczuł, że nie może mnie zawieść. Więc boleć przestał.
A przesyłka mnie tak radośnie zaskoczyła cudnymi kolorami... Nigdy jeszcze aż tak nie trafiłam w odcienie.
I tak sobie wczoraj pół wieczora siedziałam i myślałam, którą wybrać na sweterek z akcentem koronkowym. Głęboka czerwień, cudna jak dojrzałe wisienki czy coś co Fastryga określiła mianem fuksji ale dla mnie owa fuksja jest przełamana ciemnym wrzosem?
Wtedy z ratunkiem przybył mąż i rzekł: "Czerwony obowiązkowo"
To i się robi
Choć mam obawy czy ta włóczka nie jest za gruba. I czy ta grubość będzie pasować do koronki? Najwyżej!
A w paczce jeszcze cudnie puchate moteczki

już wiem co z nich chcę zrobić, ale nie wiem czy to ogarnę :)
I wcześniej wspomniana fuksja, która pójdzie na bluzeczkę, chyba że czerwona włóczka się nie sprawdzi w koronkach to zrobię podmianke.

hm, na zdjęciu faktycznie wygląda jak fuksja.
Słonecznego weekendu :)
Ciężki to był tydzień pracy.
Tym większa radość z Fastrygowej przesyłki.
Nawet nadgarstek poczuł, że nie może mnie zawieść. Więc boleć przestał.
A przesyłka mnie tak radośnie zaskoczyła cudnymi kolorami... Nigdy jeszcze aż tak nie trafiłam w odcienie.
I tak sobie wczoraj pół wieczora siedziałam i myślałam, którą wybrać na sweterek z akcentem koronkowym. Głęboka czerwień, cudna jak dojrzałe wisienki czy coś co Fastryga określiła mianem fuksji ale dla mnie owa fuksja jest przełamana ciemnym wrzosem?
Wtedy z ratunkiem przybył mąż i rzekł: "Czerwony obowiązkowo"
To i się robi
Choć mam obawy czy ta włóczka nie jest za gruba. I czy ta grubość będzie pasować do koronki? Najwyżej!
A w paczce jeszcze cudnie puchate moteczki
już wiem co z nich chcę zrobić, ale nie wiem czy to ogarnę :)
I wcześniej wspomniana fuksja, która pójdzie na bluzeczkę, chyba że czerwona włóczka się nie sprawdzi w koronkach to zrobię podmianke.
hm, na zdjęciu faktycznie wygląda jak fuksja.
Słonecznego weekendu :)
piątek, 2 grudnia 2011
Rękawiczki od palców?
sobota, 26 listopada 2011
Eksperyment techniczny
Dawno, dawno temu w cudownym dziewiarskim miejscy na R... napatoczyła mi się pod ręce pewna technika o nazwie Contiguous (by SusieM). Że angielskie skróty dziewiarskie nie są moją pasją, metodę pozostawiłam innym a sama zajęłam się starymi dobrymi technikami.
Ale SussieM siedziała w mojej głowie i wierciła wielką dziurę, aż dziura zrobiła się na wylot i mi mózg przewietrzyła. Tak chwyciłam za włóczkę i trochę po omacku (z pewnością naruszając oryginalny opis) zaczęłam dłubać.
Na razie wygląda to tak:


Z góry zaznaczę, że bufki NIE są efektem ubocznym metody. Zrobiłam je specjalnie.

Nie chcę zapeszać puki sweterka skończonego na siebie nie włożę i nie będę w 100% pewna że trafiłam, ale wygląda to obiecująco.
I mam też w głowie kolejny projekt z jej użyciem.
Ale SussieM siedziała w mojej głowie i wierciła wielką dziurę, aż dziura zrobiła się na wylot i mi mózg przewietrzyła. Tak chwyciłam za włóczkę i trochę po omacku (z pewnością naruszając oryginalny opis) zaczęłam dłubać.
Na razie wygląda to tak:
Z góry zaznaczę, że bufki NIE są efektem ubocznym metody. Zrobiłam je specjalnie.
Nie chcę zapeszać puki sweterka skończonego na siebie nie włożę i nie będę w 100% pewna że trafiłam, ale wygląda to obiecująco.
I mam też w głowie kolejny projekt z jej użyciem.
czwartek, 28 lipca 2011
Zainspirowana
W pewnym miejscu w sieci (klik) pewna miła dusza (klik) podrzuciła pewną inspirację

Trochę to trwało nim uznałam właściwą włóczkę za właściwą. A teraz dziergam. I jest już tego tyleeee.

Ażurek:

I ostatnie markery w akcji:

Zostało trochę ponad połowę pokroju pach i rękawki. I oczywiście dylematy guzikowe.
Coś mi ostatnio do gusty przypadły okrągłe dekolty.
Miłego dzionka.
Trochę to trwało nim uznałam właściwą włóczkę za właściwą. A teraz dziergam. I jest już tego tyleeee.
Ażurek:
I ostatnie markery w akcji:
Zostało trochę ponad połowę pokroju pach i rękawki. I oczywiście dylematy guzikowe.
Coś mi ostatnio do gusty przypadły okrągłe dekolty.
Miłego dzionka.
czwartek, 23 czerwca 2011
Niezdrowa monotonia związkowa
I nie mowa tu o monotonności w małżeństwie. O nie.
To mój związek z drutami przechodzi ciężki etap. Wzmożony wysiłek intelektualny w pracy powoduje, że po pracy potrzebne mi zajęcie lekkie, odmóżdżające.
Toteż dziergam nieprzerwanie bez opamiętania... oczka prawe. Prawe tu, prawe tam. Żeby za dużo nie myśleć. Efekt? Każda kolej robótka nudna się staje nim znajdzie się na półmetku. To i zaczynam kolejną. Kolejną oczkami prawymi, bo przecież odmóżdżyć się muszę. I kolejna do kolekcji co mi się nudzi w połowie. I znowu chwytam za nowy kłębek... I tak w kółko.
Powyższe anomalie powodują, że:
Robótek napoczętych jest ci u mnie dostatek.
Robótek zakończonych ni huhu.
Żyłek wolnych zaczyna brakować, a kolejne zakupy niewskazane (kryzys wszak mamy -inflacja szaleje, trzeba oszczędzać, na drutach, żeby na włóczkę było).
Miejsca w naszym 30-to metrowym gniazdku coraz mniej.
I tak frustracja rośnie. Bo co to za przyjemność jak się człek narobi a efektów nie ma.
W ramach leczenia frustracji mej skakam po necie to tu, to tam, zaglądam na pocztę i co widzę?! O zgrozo! Radosna nowina prosto z Fastrygi, że dziś oto rozpoczyna się szalona wyprzedaż letnia. -20%! Jak tak można!
Czekam więc na kolejną przesyłkę...

Ponieważ szare toto powyżej jest najświeższe i też mi się znudziło wygrzebałam dziś z zasobów czerwoną moherową z częściowego odzysku. I mam na nią pomysł. I znowu będą prawe. Choć wskazane byłoby to jakoś urozmaicić :/
Czy są jakieś terapie dla szalonych, sfrustrowanych, znudzonych dziergoholików?! Czy ten kryzys da się wyleczyć ?! Help!
To mój związek z drutami przechodzi ciężki etap. Wzmożony wysiłek intelektualny w pracy powoduje, że po pracy potrzebne mi zajęcie lekkie, odmóżdżające.
Toteż dziergam nieprzerwanie bez opamiętania... oczka prawe. Prawe tu, prawe tam. Żeby za dużo nie myśleć. Efekt? Każda kolej robótka nudna się staje nim znajdzie się na półmetku. To i zaczynam kolejną. Kolejną oczkami prawymi, bo przecież odmóżdżyć się muszę. I kolejna do kolekcji co mi się nudzi w połowie. I znowu chwytam za nowy kłębek... I tak w kółko.
Powyższe anomalie powodują, że:
Robótek napoczętych jest ci u mnie dostatek.
Robótek zakończonych ni huhu.
Żyłek wolnych zaczyna brakować, a kolejne zakupy niewskazane (kryzys wszak mamy -inflacja szaleje, trzeba oszczędzać, na drutach, żeby na włóczkę było).
Miejsca w naszym 30-to metrowym gniazdku coraz mniej.
I tak frustracja rośnie. Bo co to za przyjemność jak się człek narobi a efektów nie ma.
W ramach leczenia frustracji mej skakam po necie to tu, to tam, zaglądam na pocztę i co widzę?! O zgrozo! Radosna nowina prosto z Fastrygi, że dziś oto rozpoczyna się szalona wyprzedaż letnia. -20%! Jak tak można!
Czekam więc na kolejną przesyłkę...
Ponieważ szare toto powyżej jest najświeższe i też mi się znudziło wygrzebałam dziś z zasobów czerwoną moherową z częściowego odzysku. I mam na nią pomysł. I znowu będą prawe. Choć wskazane byłoby to jakoś urozmaicić :/
Czy są jakieś terapie dla szalonych, sfrustrowanych, znudzonych dziergoholików?! Czy ten kryzys da się wyleczyć ?! Help!
sobota, 26 marca 2011
Z zakwasami...
... ale takie zakwasy mogę mieć zawsze. Powód?

Do tego lekko przysmażone czółko z nosem, ubłocone po kolana spodnie i kolejne Obrazy Polskiego Piękna. Niezapomniane i bezcenne.


Plany zakupowe: potrzebne nam raki!
A żeby nie było, że nie pracowałam intensywnie, rozpoczęty sweter mężowy.

Ogólna koncepcja w głowie. Co z tego wyjdzie, się zobaczy.
I jeszcze jedna mała tajemnica. Zrobiłam Citrona :) Ale nie pokażę przed blokowaniem, bo jak się sknoci to wstyd będzie.
Dziękuję bardzo za miłe słowa pod adresem małego czarnego :)
iwona 150 instruktarz będzie, tylko chcę to jakoś mądrze rozplanować, bo kamerki brak w naszym domu, więc na zdjęciach muszę bazować.
PS: nie zapomnijcie przestawić zegarków. O zgrozo!!!
Do tego lekko przysmażone czółko z nosem, ubłocone po kolana spodnie i kolejne Obrazy Polskiego Piękna. Niezapomniane i bezcenne.
Plany zakupowe: potrzebne nam raki!
A żeby nie było, że nie pracowałam intensywnie, rozpoczęty sweter mężowy.
Ogólna koncepcja w głowie. Co z tego wyjdzie, się zobaczy.
I jeszcze jedna mała tajemnica. Zrobiłam Citrona :) Ale nie pokażę przed blokowaniem, bo jak się sknoci to wstyd będzie.
Dziękuję bardzo za miłe słowa pod adresem małego czarnego :)
iwona 150 instruktarz będzie, tylko chcę to jakoś mądrze rozplanować, bo kamerki brak w naszym domu, więc na zdjęciach muszę bazować.
PS: nie zapomnijcie przestawić zegarków. O zgrozo!!!
poniedziałek, 20 września 2010
To będzie długa historia...
... a wszystko to wina, urlopu i braku internetu :( Oj, dużo czasu zajęło nadrobienie zaległości w wirtualnym świecie.
Ale do rzeczy.
Się działo przez ten tydzień, przede wszystkim za sprawą paskudnej pogody, która w górach niestety, ale sprzyja jedynie turystyce Krupówkowej. A że tej nie znoszę, a w zasięgu mojej ręki - zupełnie niechcący - znalazły się akcesoria włóczkowe... Cóż trzeba sobie radzić ;)
Po pierwsze, rzut oka na uroki PL przyrody. Zamglony, mokry, zimny i wietrzny widok na Wrota Chałubińskiego z podejścia na Przełęcz Szpiglasową (skończyło się bólem gardła ale i tak nie żałuję)
Taka właśnie pogoda królowała kiedy my byliśmy na górze. Niech tylko człowiek zaczął schodzić ze szlaku, w momencie wychylało się słońce. Zupełnie jak by chciało powiedzieć: "Zabawimy się z chowanego...?" Bardzo zabawne :/
I że właśnie taka aura nas intensywnie nawiedzała, zmuszona byłam udać się w miejsca intensywnie uczęszczane przez brukowych turystów. Idę wiec sobie załamana ilością ludu na mojej drodze i co widzę? Co? Pani siedzi sobie na stołeczku i skarpety dzierga :D Od razu papa się uśmiechnęła. A co lepsze? Co? Pani wełnę sprzedaje. Tak więc wróciłam do domu z kilogramem surowej wełny owczej na jedyne 25 zł. No głupia bym była nie korzystając z okazji ;)

Ot, taki malusi moteczek (drugie zdjęcie z motkiem 50g). Gryzie franca jedna jak nie wiem, co. I nie wiem też co z niej zrobić. Pewnie skończy się na produkcji hurtowej skarpet na zimę dla całej rodziny. W tym miejscu muszę wyjaśnić, że nie potrafię (jeszcze) robić skarpet. No chyba, że cudowne narzędzie, internet, podsunie rozwiązanie mojego problemu. Jakiekolwiek ono nie będzie, się pochwalę. A co!
Kontynuując w kwestii brzydkiej pogody na wczasach.
Co się dzieje, kiedy połączymy ze sobą:
1. pół butelki pysznego, słodkiego wina :D
2. trochę wolnego czasu
3. brak pomysłu na jego wykorzystanie
4. dwa moteczki włóczki w różnych kolorach, ale idealnie do siebie pasujących?
A to się dzieje!

Zaczęłam jeszcze przed wyjazdem, ale tam na miejscu jeden dzień deszczowy doprowadził mnie do ukończenia odcinka pachy/dół.
Zostały do zrobienia rękawy. I w tym oto miejscu okazało się, że nie mam czym ich zrobić. Brak bowiem w moich zasobach drutów skarpetowych 3,0 mm. A że na moim osidlu brak pasmanterii dobrze zaopatrzonej, popędziłam dziś skoro świt w moje ulubione miejsce. Szmeteks osiedlowy. I tak oto mam... 4 komplety drutów (bo przecież na jednej parze poprzestać nie mogłam) za caaaaałe 4 zł oraz 5 motków włóczki różnokolorowej, zupełnie nie wiem po co, ale oprzeć sie nie mogłam, za caaaaaałe 7 zł

Teraz już mam czym robić moje rękawy :D
Musze tylko wybrać: kończyć sweterek czy zrobić mężowi obiad. Hmmm...
Ale do rzeczy.
Się działo przez ten tydzień, przede wszystkim za sprawą paskudnej pogody, która w górach niestety, ale sprzyja jedynie turystyce Krupówkowej. A że tej nie znoszę, a w zasięgu mojej ręki - zupełnie niechcący - znalazły się akcesoria włóczkowe... Cóż trzeba sobie radzić ;)
Po pierwsze, rzut oka na uroki PL przyrody. Zamglony, mokry, zimny i wietrzny widok na Wrota Chałubińskiego z podejścia na Przełęcz Szpiglasową (skończyło się bólem gardła ale i tak nie żałuję)
Taka właśnie pogoda królowała kiedy my byliśmy na górze. Niech tylko człowiek zaczął schodzić ze szlaku, w momencie wychylało się słońce. Zupełnie jak by chciało powiedzieć: "Zabawimy się z chowanego...?" Bardzo zabawne :/I że właśnie taka aura nas intensywnie nawiedzała, zmuszona byłam udać się w miejsca intensywnie uczęszczane przez brukowych turystów. Idę wiec sobie załamana ilością ludu na mojej drodze i co widzę? Co? Pani siedzi sobie na stołeczku i skarpety dzierga :D Od razu papa się uśmiechnęła. A co lepsze? Co? Pani wełnę sprzedaje. Tak więc wróciłam do domu z kilogramem surowej wełny owczej na jedyne 25 zł. No głupia bym była nie korzystając z okazji ;)
Kontynuując w kwestii brzydkiej pogody na wczasach.
Co się dzieje, kiedy połączymy ze sobą:
1. pół butelki pysznego, słodkiego wina :D
2. trochę wolnego czasu
3. brak pomysłu na jego wykorzystanie
4. dwa moteczki włóczki w różnych kolorach, ale idealnie do siebie pasujących?
A to się dzieje!
Zostały do zrobienia rękawy. I w tym oto miejscu okazało się, że nie mam czym ich zrobić. Brak bowiem w moich zasobach drutów skarpetowych 3,0 mm. A że na moim osidlu brak pasmanterii dobrze zaopatrzonej, popędziłam dziś skoro świt w moje ulubione miejsce. Szmeteks osiedlowy. I tak oto mam... 4 komplety drutów (bo przecież na jednej parze poprzestać nie mogłam) za caaaaałe 4 zł oraz 5 motków włóczki różnokolorowej, zupełnie nie wiem po co, ale oprzeć sie nie mogłam, za caaaaaałe 7 zł
Musze tylko wybrać: kończyć sweterek czy zrobić mężowi obiad. Hmmm...
sobota, 4 września 2010
Dziękuję i działam....
Po pierwsze, bardzo, bardzo dziękuję Marcie za podzielenie się przepisem na Rudzielca. Co więcej chę go zrobić. Muszę jedynie zebrać wszystkie siły, znaleźć troszkę czasu i odpowiednią włóczkę.
Tymczasem dostałam zlecenie na wykonanie jakiegoś sweterka dla rocznej dziewczynki. I muszę działać szybko, bo roczek już za miesiąc. W głowie pustka, czekam na natchnienie.
A w toku. Z pewną nieśmiałością zabrałam się za niebieskie Merino z wcześniejszego postu.

Plan: coś a`la bolerko z krótkim rękawkiem.
Realizacja: idzie powoli, bo włóczka cieniutka, a wykonanie to czysta improwizacja.
Mam nawet obawy, że skończy się na rzuceniu w kąt albo pruciu.
W każdym razie, trochę z innej beczki, ale jednak na temat. Byłam dziś na shoppingu i miałam nabyć butki jesienne, a wróciłam owszem z butami nawet 2 pary obie... uwaga... dla męża (znaczy byłam z mężem, nie żebym mu zaocznie buty kupowała ;P ), dla mnie butów brak. Za to:

I tak oto oglądam cuda jakie się tan znajdują i dochodzę do wniosku, że się zakochałam w:



No i dylemat mam. Bo wszystkie trzy urocze, ale wszystkich się boję, bo ja z ażurami to dotychczas miałam mało do czynienia. Jedynie w zasadzie wydłubałam to:

właśnie na potrzeby mojego sweterka-bolerka. I myślałam nawet, że jako początkująca to przy tym zostanę. Ale po dzisiejszej lekturze to już jest za proste, za mało skomplikowane, zbyt banalne, chce czegoś więcej, chce się nauczyć.
No to pędzę po włóczkę, drutki i robię kolejne próbki ażurowe.
Tymczasem dostałam zlecenie na wykonanie jakiegoś sweterka dla rocznej dziewczynki. I muszę działać szybko, bo roczek już za miesiąc. W głowie pustka, czekam na natchnienie.
A w toku. Z pewną nieśmiałością zabrałam się za niebieskie Merino z wcześniejszego postu.
Plan: coś a`la bolerko z krótkim rękawkiem.
Realizacja: idzie powoli, bo włóczka cieniutka, a wykonanie to czysta improwizacja.
Mam nawet obawy, że skończy się na rzuceniu w kąt albo pruciu.
W każdym razie, trochę z innej beczki, ale jednak na temat. Byłam dziś na shoppingu i miałam nabyć butki jesienne, a wróciłam owszem z butami nawet 2 pary obie... uwaga... dla męża (znaczy byłam z mężem, nie żebym mu zaocznie buty kupowała ;P ), dla mnie butów brak. Za to:
I tak oto oglądam cuda jakie się tan znajdują i dochodzę do wniosku, że się zakochałam w:
No i dylemat mam. Bo wszystkie trzy urocze, ale wszystkich się boję, bo ja z ażurami to dotychczas miałam mało do czynienia. Jedynie w zasadzie wydłubałam to:
właśnie na potrzeby mojego sweterka-bolerka. I myślałam nawet, że jako początkująca to przy tym zostanę. Ale po dzisiejszej lekturze to już jest za proste, za mało skomplikowane, zbyt banalne, chce czegoś więcej, chce się nauczyć.
No to pędzę po włóczkę, drutki i robię kolejne próbki ażurowe.
sobota, 31 lipca 2010
Się robi...
...nie wiem co to będzie (znaczy na pewno będzie to coś na górę, może sweterek/bluzeczka, co jeszcze nie wiem), bo tak zwyczajnie wczoraj chwyciłam druty w dłoń dorwałam trzy motki resztówek i zaczęłam dłubać. A że dłubaniu towarzyszyło piwo to wiele efektów nie ma :) Liczę tylko na szybki finish, bo to jest gabarytów mniejszych, wiec może jakieś znajome dziewczątko się załapie na nową szmatkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)